Wakacje z wirusem

czyli o parodii procesów


Wakacje już się na dobre rozpoczęły, więc temat dzisiejszy jest troszkę z przymrużeniem oka, lecz wnioski będą zdecydowanie poważne. Kwarantanna związana z pandemią wirusa została zniesiona, a wraz z nią większość obostrzeń. W pustkę po nich wpasowano szereg innych obowiązków. Nie zamierzam dyskutować o sensowności lub też jej braku w takim posunięciu władz. Chciałbym natomiast zastanowić się czy nakazane/podjęte działania prowadzą do założonego celu (ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa), a jeżeli nie, to do czego?

Polacy uwolnieni ze swoich domów radośnie udali się na mniejsze lub większe zakupy. I tutaj spotkało ich pierwsze zdziwienie. Po ulicy mogą już spacerować jak chcą, natomiast na wejściu do sklepu witają ich kartki o potrzebie zakładania maseczek, wchodzeniu po maksymalnie kilka osób. W środku też jest jakoś inaczej. Kasjerzy są odgrodzeni szybą lub pleksi od kupujących, powinni być w maseczkach i rękawiczkach oraz mieć obok płyn odkażający. Celowo piszę "powinni" bo jak jest naprawdę przeanalizuję w dalszej części. Na podłodze pojawiły się nalepki wyznaczające kolejne miejsca do oczekiwania w kolejce, średnio co 2 m. W barach i restauracjach, czynny jest tylko co 2-3 stolik, a po każdym kliencie powinien być dodatkowo dezynfekowany, o czym świadczy umieszczona na nim następnie stosowna zawieszka tudzież karteczka. Płatności wyłącznie bezgotówkowe. Wszystko oczywiście w imię (ograniczonej) walki z koronawirusem. Tyle teorii. A jak to wygląda w praktyce?

Z racji wakacji wybrałem się weekendowo do Łeby. Tak przy okazji można by rzec. Spodziewałem się dużych tłumów, w końcu początek wakacji, jednakże było tam raczej pusto. W maseczkach oczywiście mało kto chodzi. Jeżeli już, to zakrywając szczelnie szyję lub też wiszącą na jednym uchu. Nie jestem co prawda na bieżąco z prasą kolorową, może to jakiś ostatni krzyk mody, lecz z punktu widzenia ochrony wirusowej już lepiej sobie tę maseczkę darować całkiem, niż uskuteczniać przytoczone figury. W sklepach, barach obsługa odgrodzona od klienta, w rękawiczkach, lecz na twarzy maseczki w ilościach i sposobie noszenia, jak u wspomnianych przechodniów. Przyłbice to w zasadzie wyposażenie wyłącznie kelnerów. Zmożony głodem zamawiam zapiekankę w jednym z barów. Pan stojący za pleksi, w rękawiczkach i maseczce, z płynem do dezynfekcji pod ręką, przyjmuje zamówienie, kasuje mnie, po czym wręcza mi wielorazowy numerek(!!!) do odbioru zamówienia. Żadnych odstępów w kolejce nie ma, jedynie szerokość chodnika wymusza "korytarze" między czekającymi, do przepuszczania pozostałych przechodniów. Stoliki owszem są czynne tylko w części, natomiast sygnalizacja ich dezynfekcji jest w zasadzie elementem wyposażenia, jak sól czy chusteczki. A i o płatności bezgotówkowej radzę zapomnieć, chyba że chcecie stać w kolejce do nielicznych bankomatów. Cash is the king (o braku paragonów nie będę się nawet rozwodził).

Ewidentnie zostało popełnionych wiele błędów. Tylko teraz pytanie kto je popełnił? Wbrew pozorom, wystąpiły tutaj klasyczne błędy w programowaniu procesów (bo tak, wszystkie wspomniane elementy są zaprogramowanym procesem). Proces jest uszczegółowieniem realizacji celu. Celem jest umożliwienie prowadzenia działalności handlowej i usługowej, zachowując przy tym możliwie najwyższe standardy sanitarne, ograniczające możliwość dalszego rozprzestrzeniania się wirusa. Realizacja celu polega na zaproponowaniu zbiorów możliwych działań zapewniających osiągnięcie celu. Proces natomiast jest już wyborem działań z owego zbioru i ułożeniem ich w sensowną całość.

Pierwszy błąd popełniła władza. Pisane (jakże często ostatnio) na kolanie prawo, jest pełne dziur, niekonsekwencji i sprzeczności. To nie nowość. Nowością jest ustalanie wysokich kar pieniężnych za niektóre wykroczenia (nie wiadomo dlaczego akurat takie kwoty i za konkretne czyny), natomiast egzekwowanie reszty z nich przerzuca na np. sklepikarzy. Proszę mi powiedzieć, który sprzedawca, po 3 miesiącach posuchy, wyprosi klienta ze sklepu bo nie ma maseczki? Bez pośpiechu, poczekam.

Drugi błąd. By ograniczenia miały sens, musza być przestrzegane przez większość społeczeństwa. Wtedy niepokorną garstkę zmusza się do ich respektowania wspomnianymi karami. Co natomiast jeżeli przepisy są tak idiotyczne, że nikt ich nie przestrzega? Tutaj się kłania zapomniany już w większości zakaz wstępu do lasu. Skoro stoły mają być oznaczone jako zdezynfekowane, to będą oznaczone. Choćby przytwierdzoną na stałe nalepką. Ale czy dzięki temu osiągniemy cel, jakim jest ich faktyczne zdezynfekowanie?

Trzeci błąd. W świecie nakazowo-zakazowym, gdzie nie dba się o zdrowy rozsądek, a o zgodność z danym paragrafem, nikt nie będzie sobie zaprzątał głowy analizą całości procesu. Co z tego, że są maseczki, pleksi, rękawiczki i odkażanie stołów, jak jest wydawany numerek wielorazowego użytku? Nikt nie wskazał tego w zbiorze mniej lub bardziej absurdalnych zasad, więc można. A co jeżeli teraz będzie go miętosiła osoba zarażona, po czym odda go do wspólnego koszyczka z innymi numerami? Lepszy sposób rozprowadzania zarazków, aż ciężko zaproponować.

Podsumowując. To co nie działa w skali makro, będzie też nie działać tutaj w skali mikro. Proces musi prowadzić do realizacji celu, bez tego nie będzie procesem, tylko zbiorem luźno powiązanych zadań lub zasad, mogących prowadzić do czegoś sensownego. Proces musi być analizowany jako całość. Przyglądanie się jedynie jego części, bez rozpatrzenia alternatywnych dróg, możliwości i/lub skutków poszczególnych działań na dalszym etapie, może prowadzić to załamania się działalności, gdy tylko wydarzy się coś niestandardowego. I na koniec, proces musi być sensowny. Jeżeli realizujący go ludzie w niego nie wierzą lub choćby rozumieją, będą szukać alternatywnych dróg osiągnięcia celu, mogą celowo opóźniać realizację lub wręcz otwarcie ją sabotować.

Życzę wszystkim bezproblemowych wakacji i by proces powrotu z nich do domu przebiegał możliwie zwyczajnie i zgodnie z pierwotnym planem ;)