Pięć dni w cztery?!

Jak to się stało, że pracownicy robią więcej w mniej


Niedawno dopadła nas informacja z kraju kwitnącej wiśni, iż tamtejszy oddział giganta na rynku systemów operacyjnych dokonał innowacji w zakresie czasu pracy swoich pracowników. Mianowicie, tydzień pracy kończy się już w czwartek. Żadnych ukrytych nadgodzin, żadnych czasowych wydłużeń. Po prostu obcięto jeden dzień. Wieść również niesie, iż dzięki temu wydajność pracy wzrosła o 40%. CZTERDZIEŚCI PROCENT! Każdy przyzna, że brzmi to jak mokry sens nadwiślanych biznesmenów. Można by pomyśleć, iż w takim razie musieli owi pracownicy solidnie się obijać, skoro obecnie robią więcej w mniej. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest jednak nieco bardziej skomplikowana i właśnie o tym będzie niniejszy wpis.

Pierwszym pytaniem, które wymaga odpowiedzi, to oczywiście: jak to możliwe? Po pierwsze, należy mieć na uwadze o jakich pracownikach rozmawiamy. Nie są to pracownicy fizyczni. Miara efektywności ich pracy nie jest zależna od ilości przerzuconych skrzynek, przejechanych kilometrów lub wymurowanych ścian, a te są silnie skorelowane z ilością poświęconego czasu. Nie są to też pracownicy świadczący usługi w ścisłym tego słowa znaczeniu, czyli np. prowadzący tylko szkolenia, robiący zdjęcia na wydarzeniach lub obsługujący gości. Tutaj również efektywność będzie pochodną czasu pracy (choć może nie w takim samym stopniu). Więc o jakich pracownikach mowa? Głównie tzw. Biuro. Administracja, finanse, zarządzanie, obsługa sprzedaży itd. Każdy kto przynajmniej raz pracował w takim środowisku wie, że przynajmniej 1/3 czasu pracy jest marnowana. I nie tylko na legendarne już „kawki”, ale również na ciągnące się w nieskończoność narady, konwersacje mailowe bez wyraźnego celu itp. Jeżeli mając do dyspozycji mniej czasu (konkretnie o 1/5) to siłą rzeczy najpierw pozbędziemy się z grafika rzeczy nieistotnych, ergo efektywność wzrasta. Murarzowi mogłoby się to w ten sposób nie udać ?

Po drugie. Efektywność pracownika jest trafnie opisana przez pewien dowcip. Otóż pracownik daje z siebie w pracy 100%. 20% w poniedziałek, 25% we wtorek, 30% w środę, 15% w czwartek i 10% w piątek. Każdy tak ma, iż w piątek już bardziej myśli o weekendzie, niż o pracy.  A po dwudniowym odpoczynku start w nowy tydzień przypomina raczej powolny rozruch. Obcięcie tego jednego dnia zmienia podświadomą perspektywę rozłożenia „sił witalnych” i owe żartobliwe 10% jest lokowane w pozostałych dniach. Rachunek wychodzi ponownie na plus.

Po trzecie, i w sumie najważniejsze. Rozmawiamy o Japończykach. Miałem sposobność pracować przez pewien czas w japońskiej korporacji. Jej europejska odnoga nie była oczywiście identyczna ze swoim azjatyckim pierwowzorem, jednak „duch centrali” unosił się ciągle w powietrzu. Japończycy są chronicznymi pracoholikami. Pracują bardzo dużo, gdyż w ten sposób budują swoją ocenę przed otoczeniem, ale też przed samym sobą. Czują się lepiej gdy są potrzebni, a skoro pracują bardzo dużo to muszą być bardzo potrzebni (w ich mniemaniu oczywiście). Legendy o wychodzeniu do domu dopiero jak wyjdzie szef są niestety prawdziwe. Problem tkwi jednak w jakości tej pracy. Nikt po 10 godzinach pracy, choćby udawanej, nie będzie tak efektywny, jak na początku tej mordęgi. Siedzenie w pracy, „bo szef siedzi” prowadzi zazwyczaj do bezproduktywnego „przepalania” godzin. Znudzony człowiek osiągnie wreszcie dawno nieodwiedzane odmęty Internetu w oczekiwaniu, aż szef wreszcie pójdzie do domu (a zdarza im się zasnąć w biurze).

Mając na uwadze powyższe, czy możliwe jest osiągnięcie, aż takiego efektu w Polsce? Odpowiedź brzmi nie. Pomijając ograniczenia wymienione w pierwszym punkcie, Polacy w podejściu do pracy przypominają raczej Amerykanów: „posiedzę jeszcze godzinkę, to będzie większa premia”. Pracują więcej, niż mniej i to na całkiem wysokim procencie efektywności. Wyciśnięcie tutaj dodatkowej efektywności, pochodzącej ze skrócenia czasu pracy będzie najwyżej kilkuprocentowe. Oczywiście są firmy i firmy. Znam kilka gdzie by to poprawiło wydajność bardziej oraz takie, gdzie jeszcze by spadła. W szerokim ujęciu jednak będzie to śladowa poprawa.

Czy warto więc takie innowacje brać pod uwagę i je wprowadzać? Zdecydowanie tak. Nie należy zapominać, iż mówimy tutaj o wzroście wydajności przy skróconym czasie pracy. To mniejsze koszty energii elektrycznej, ogrzewania, sprzątania biura itd. Wzrost wydajności liczonej efektem pracy do poniesionych kosztów będzie już zauważalny.

A więc do boju! A raczej do domu ?